Rzeczywiście obywatele i obywatelki Europy mają ambiwalentny stosunek do Unii Europejskiej. Z jednej strony formułują oni daleko idące oczekiwania. Większość obywateli UE opowiada się za tym, żeby o poniższych tematach nie decydowano na szczeblu państw członkowskich, lecz na płaszczyźnie UE: zwalczanie terroryzmu, badania naukowe i technologiczne, kwestie obrony i polityka zagraniczna, energia, wspieranie słabych gospodarczo regionów, migracja, zwalczanie przestępczości, konkurencja, zwalczanie inflacji i gospodarka.
Ponadto między 40 a 50% obywateli i obywatelek do zadań europejskich zalicza obszary takie jak rolnictwo i rybołówstwo, ochronę konsumentów, ruch drogowy oraz zwalczanie bezrobocia.
A jednak brak zaufania do Europy?
A zatem można by się spodziewać, że obywatele i obywatelki Unii Europejskiej obdarzają UE dużym zaufaniem. Jednakże tak nie jest. Można to odczytać z regularnie przeprowadzanych badań opinii publicznej Eurobarometru, których wykonanie zleca Komisja Europejska i z których pochodzą cytowane tutaj dane. 53% obywateli UE i 64% Niemców są zdania, że członkowstwo ich kraju w UE to „dobra rzecz“. Formułując to negatywnie – prawnie połowa obywateli UE nie popiera tego, że ich kraj należy do Unii Europejskiej. Także w Niemczech to więcej niż jedna trzecia. Pozytywnie Unię ocenia tylko 45% jej obywateli, wśród Niemców jest ich 48%, a zatem w dwóch przypadkach mniej niż połowa.
Największym zagrożeniem dla Unii Europejskiej jest to, że utraci ona akceptację swych obywateli. Nie chcę wywoływać alarmu, jednakże należy stwierdzić, że UE znajduje się na drodze do spełnienia tej groźby. Wysokie oczekiwania, jakie ludzie mają wobec UE, nie stanowią w tym kontekście pocieszenia, lecz raczej zwiększają owe ryzyko. Kto żywi oczekiwania i nadzieje, lecz nie widzi związku między nimi a rzeczywistością, nie rozumie mechanizmów, ani nie zna granic ich spełnienia, prędzej czy później da wyraz swemu rozczarowaniu.
Dystans do Europy, jaki obecnie obserwujemy, daje się odczytać w uczestnictwie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Niemczech frekwencja spadła z ponad 65% w 1979 roku do poziomu 43% w roku 2004. I to mimo faktu, że w tym samym okresie czasu Parlament Europejski zyskał ogromny przyrost kompetencji.
Trudno nadal wyjaśnić niską frekwencję wyborczą
Przez długi czas o UE słusznie mówiło się w kontekście „konspiracji elit“. W społeczeństwie panowało to, co w naukach politycznych określa się mianem przyzwolenia społecznego. Oddając sens nastawienia obywateli powiedzieli oni polityce mniej więcej tak: „wprawdzie nie rozumiemy, co tam robicie, ale zgadzamy się”. Dominujący motyw zapewnienia pokoju był dla ludzi tak istotny, że nie musieli rozumieć regulacji polityki strukturalnej i europejskiego rynku stali, aby wesprzeć projekt Wspólnoty Europejskiej. W momencie, gdy utrzymanie pokoju stawało się coraz bardziej oczywiste, a z drugiej strony okazało się, że Wspólnota Europejska / Unia Europejska wkracza w nasze życie codzienne, nastawienie to uległo zmianie. W przypadku Niemiec ten moment miał miejsce w chwili uchwalenia traktatu z Maastricht w latach 1991-92, w konsekwencji którego marka niemiecka ustąpiła miejsca euro.
Jednakże z erozji przyzwolenia społecznego ani obywatele i obywatelki, ani polityka edukacyjna nie wyciągnęli konsekwencji i nie poświęcono więcej uwagi Unii Europejskiej, jej strukturom i możliwościom. Powściągliwość wyborców także przecież nie powoduje bezpośrednich konsekwencji. Parlament zostanie wybrany przez 46% głosów (to średnia w Unii) w taki sam sposób jak przez 86%. Jest także zupełnie możliwe, że taka „demokracja widzów” będzie funkcjonowała, dopóki ustrój polityczny i gospodarczy będzie wytwarzał wystarczającą ilość sukcesów, co z reguły oznacza przyrost dobrobytu. Jeśli to jednak nie nastąpi, co właśnie przeżywamy, istnieje duże ryzyko, że ignorancja zamieni się w odrzucenie, a odrzucenie w bunt. Nie musimy ciągle wywoływać ducha historycznych doświadczeń Niemiec, ale czasy kryzysu to godzina populistów i propagandzistów, zaś reakcja przychodzi zbyt późno. Dlatego też ważne jest, aby odpowiednio wcześnie zmotywować obywateli i obywatelki oraz dać im możliwość włączenia się do integracji europejskiej jako decydujące podmioty.
Liczy się zaangażowanie jednostki
Pierwszym krokiem do aktywnego uczestnictwa w europejskim procesie decyzyjnym jest oddanie głosu w wyborach europejskich. Do stałych rytuałów dyskusji na tematy polityki europejskiej należy piętnowanie niskiej frekwencji wyborczej. Jednakże wyborcy zachowują się jak najbardziej rozsądnie. Nie wiedzą, o co chodzi, dlatego trzymają się od tego z daleka. W każdym innym obszarze życia takie zachowanie byłoby zalecane. Kto nie zna się na samochodach, nie powinien brać się za majsterkowanie przy silniku.
Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli chcemy, aby ludzie się angażowali, należy zadbać o to, aby byli poinformowani. Argument, jakoby informacje w dzisiejszym świecie były łatwo dostępne, jest bezzasadny. Podstawowym problemem powstrzymujących się od głosu nie jest bowiem brak informacji, lecz zalew informacji, który utrudnia jednostce rozpoznanie tego, co jest ważne, a co nie, co jest słuszne i co słuszne nie jest. Rozpoznanie powiązań w obrębie polityki UE musi być elementem edukacji, podobnie jak wartości i zasady, na których opiera się cały system UE.
Uczestnictwo i gotowość do tego, aby zajmować się danymi sprawami, wzajemnie się warunkują. Kto potrafi aktywnie wpływać na kształt rzeczy, będzie raczej skłonny do tego, aby zajmować się złożonymi zagadnieniami, kto zaś dostrzega związki przyczynowo-skutkowe, będzie miał ochotę i zdolność do współtworzenia rzeczywistości.
Nie można pozostawić partii politycznych samych z opisanym tu zadaniem. Fundament musi zostać stworzony w szkole. Od 1978 roku ministrowie kultury krajów związkowych Niemiec propagują ideę o nazwie „Europa jako zasada lekcji”, jednakże w praktyce niewiele się dzieje.
Koło zostało wynalezione, lecz się nie kręci
Dla wielu nauczycieli Europa to nielubiany przedmiot lekcji, ponieważ ulega on szybkim zmianom, a ponadto traktuje się go odrębnie. Ramowe plany nauczania Republiki Federalnej Niemiec przy omawianiu kwestii takich jak globalizacja, polityka rozwoju czy polityka bezpieczeństwa często nie wspominają ani słowem o UE. Zaś szkoły są z reguły dalekie od tego, żeby także i na lekcjach języka niemieckiego, angielskiego czy fizyki wskazywać na europejskie powiązania. Dałoby się to zrealizować tylko wtedy, gdyby udało się włączyć do dyskusji europejskiej ogół nauczycieli, na co jednak nie widać perspektyw.
Dlatego też nie obędzie się bez przedmiotu „integracja europejska”. Jest to rodzaj zabezpieczenia na przyszłość europejskiego zakorzenienia Republiki Federalnej Niemiec. Tylko w szkole udaje się wcześnie dotrzeć do wszystkich i szansa ta musi zostać wykorzystana. Z drugiej zaś strony nie zwalnia to partii – którym nasza ustawa zasadnicza przypisuje szczególną rolę w procesie opiniotwórczym – z odpowiedzialności, aby zwłaszcza a okresie kampanii wyborczej wnieść wkład do edukacji obywatelskiej.
Być może największą iluzją o Unii Europejskiej jest opinia, że UE jest samograjem, że można z każdego powodu zrobić z niej kozła ofiarnego, a poza tym można ją karać ignorancją. Jednakże każdy właściciel domu wie, że o budynek należy dbać, a przy zmianie struktury rodziny należy go przebudować. W okresie kryzysu gospodarczego często jest mowa o „przeciętnej gospodyni”. Powinniśmy postawić u jej boku „przeciętnego budowniczego domów”.
Należy uodpornić dom Europa na zmiany pogodowe. Można tego dokonać tylko przy pomocy obywateli i obywatelek Europy. Od 4 do 7 czerwca będą oni mieli szansę, aby ich głos został usłyszany.
Prof. Dr. Eckart Stratenschulte jest Dyrektorem Akademii Europejskiej w Berlinie.
Więcej o wyborach do Parlamentu Europejskiego na naszych stronach oraz na stronie http://www.boell.de/weltweit/europanordamerika/europa-nordamerika-6728.html