Dossier
Wyborczy pat.
Anna Czerwińska
Krajobraz po bitwie

„Kampania do europarlamentu zakończyła się przed ogłoszeniem ostatecznych wyników, dokładnie wraz z końcem ciszy wyborczej. Wystarczą sondaże i ranking telefoniczny, żeby ogłosić komu należy gratulować, a kto pozostaje «na marginesie sceny politycznej» (jedno z ulubionych określeń mediów). Poza tym bez emocji, bo też emocjonować nie bardzo jest się czym. Wszystko staje się coraz bardziej przewidywalne, o różnorodności nie ma mowy, bo system finansowania partii i wyśrubowane progi wyborcze zamiast wspierania, raczej blokuje wszelką nową inicjatywę” – tak oto tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce podsumował Krzysztof Tomasik na portalu Krytyki Politycznej. Nic dodać, nic ująć.

Zgodnie z przedwyborczymi sondażami wybory wygrała Platforma Obywatelska (25 mandatów, 44,43 proc.), swoich posłów do PE wprowadzi także druga polityczna siła w Polsce Prawo i Sprawiedliwość (15 mandatów, 27,4 proc.), a także Sojusz Lewicy Demokratycznej-Unia Pracy (7 mandatów, 12,34 proc.) i Polskie Stronnictwo Ludowe (3 mandaty, 7,01 proc.). Inne partie nie przekroczyły 5-procentowego progu wyborczego, zgodnie zresztą z przedwyborczymi przewidywaniami.

A kampania wyborcza toczyła się głównie w oparciu o przedwyborcze sondaże, czasem robione codziennie dla innego medium przez inną instytucję badawczą. Kto wygra, a konkretnie: ile przewagi uzyska PO nad PiS – to były główne tematy tej kampanii. Media nie interesowały się konkretnymi postulatami wyborczymi poszczególnych ugrupowań, ważniejsze były potyczki między PO i PiS. Ostatecznie sami wyborcy nie mieli pojęcia, na jaki program głosują. Głosowali „przeciwko” lub „za” PiS. Tak jak w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2007 roku, teraz też dominowała retoryka „straconego głosu”. Ludzie nie chcieli głosować na ugrupowania nie przekraczające w sondażach progu wyborczego, które nie mają szans, aby dołączyć do „największych w Europie” (jak PO zachwalało Europejską Partię Ludową, której jest członkinią w PE). Obawiali się, że ich „stracony” głos wzmocni „radykałów”, takich jak PiS czy Libertas – kolejną osobliwość europejskiej sceny politycznej. Ten ton przeważał we wszystkich informacjach i doniesieniach mediów na temat wyborów do PE.

Tuż po wyborach mówiło się wręcz o „hegemonii polskiej sfery publicznej zdominowanej przez PO-PiS”, dwupartyjności, monopolizacji polskiej sceny politycznej przez PO-PiS, zabetonowaniu polityki. Dziennikarze, publicyści i politycy z partii, które nie przekroczyły progu wyborczego, wskazywali, że barierą jest dostęp do funduszy na działalność partyjną. Partie parlamentarne otrzymują duże środki z budżetu państwa, partie pozaparlamentarne nie są w stanie konkurować z nimi na spoty wyborcze, czas antenowy itd. Być może rozwiązaniem byłaby zmiana ustawy o finansowaniu partii politycznych, jak sugerował dzień po wyborach były prezydent Aleksander Kwaśniewski w programie polskiego publicysty „Tomasz Lis na żywo” (TVP2, 8.06.2009). Ten sam program tydzień po wyborach poświęcony był zresztą kwestii dwupartyjności polskiej sceny politycznej. „Czy z dominacji czterech partii powinni się cieszyć Polacy? Czy główny podział między partiami nie polega na tym, że nie wygrywają te, które mają dobre pomysły, ale takie, które mają środki z budżetu? Czy partii parlamentarnych nie łączy pragnienie, aby do gry nie wszedł nikt inny?” - pytał w programie Tomasz Lis. Od podobnych pytań huczał po wyborach Internet. Powyborcze krytyczne refleksje snuli blogerzy: „Swoiste zablokowanie systemu uniemożliwia zakończenie «szopki projektu IV RP» i pójście do przodu. Dominujące partie polityczne są echem «wojen» toczonych kilka lat temu, nie są w stanie zaproponować niczego nowego. Na razie jeszcze potrafią manipulować emocjami społecznymi, ale ich działania coraz bardziej zdają się abstrahować od problemów współczesnej Polski. (...) Niemniej coraz więcej osób zdaje się mieć poczucie, że to, co oferują nam teraz partie polityczne, jest dziwaczne i wtórne”.

Warto tutaj odnotować, że duże środki finansowe, a także doskonały czas antenowy, uzyskany dzięki upartyjnieniu władz telewizji publicznej, miała prawicowa partia Libertas i nie przyniosło jej to wygranej w wyborach, ale było „języczkiem u wagi” kampanii wyborczej w Polsce. Przede wszystkim straszono wyborców, że radykałowie znów mogą wygrać.

Tegoroczna kampania do PE uznana została za nudną i mało merytoryczną. Nawet biorąc pod uwagę tylko kampanie wyborcze dwóch „rozgrywających” partii (PO i PiS), nie sposób się dowiedzieć, jaki mają konkretny program wyborczy z wyjątkiem szafowania obietnicami, że dzięki zasileniu przez PO największej frakcji w Parlamencie Europejskim Polak – Jerzy Buzek – zostanie nowym przewodniczącym PE, a Polska będzie w końcu w UE na pierwszym planie. Łatwiej wymienić tematy kampanii, niż problemy, których w niej nie poruszono. Tematy były dwa: Buzek i silna Polska, nic więcej. Jak podsumował to cytowany już Krzysztof Tomasik: „Wybór staje się pozorem, bo przez próg przeciskają się już tylko cztery partie, coraz bardziej do siebie podobne, co było szczególnie widoczne teraz, przy okazji prezentowanego stosunku do Unii Europejskiej. W gruncie rzeczy hasło było jedno i cała czwórka mogła się pod nim popisać: «Silna Polska w zjednoczonej Europie»”. Podobnie widzi to Aleksandra Banot, jedna z kandydatek z listy Porozumienia dla Przyszłości - CentroLewicy (rekomendowana przez partię Zieloni 2004), w swoich powyborczych refleksjach na portalu Kreatura.net: „Polityka gender mainstreaming to cały czas ekstremum. (...) Fundamentalnym okazuje się także moje rozumienie Europy, a w szczególności - relacji pomiędzy Europą a Polską. Każdy widzi Polskę w Europie czy w Unii Europejskiej. Każdy powtarza frazesy o roli Polski, silnej, jak najsilniejszej. Że my, tzn. Polacy (bo już nie Polki) jesteśmy takim ważnym narodem, że jesteśmy wielkim państwem i w ogóle to my jesteśmy mocarstwem, ale – niestety – nikt się z nami nie liczy. (...) Nikt jednak nie widzi Europy. Jakby Europa była tylko przezroczystym tłem, jakimś abstrakcyjnym pojęciem”. Najważniejsze były rozgrywki na własnym podwórku, które w trakcie kampanii przebiegały z takim samym nasileniem jak na co dzień, więc też specjalnie nikt się już nimi nie przejmował.

Unia jest kobietą

Wśród 50 polskich eurodeputowanych jest tylko 11 kobiet (22 proc.). Najwięcej z PO – 9, pozostałe dwie z list SLD-UP. Wszystkie na listach miały pierwsze miejsca, bądź były w pierwszej trójce. PiS będą reprezentować w PE sami mężczyźni, co jest ciekawostką, bo jedynym „prorównościowym” przedwyborczym akcentem tej partii była kampania kreująca jej nowy wizerunek – na billboardach i spotach pojawiły się same kobiety w roli ekspertek: Aleksandra Natalli-Świat, Joanna Kluzik-Rostkowska i Grażyna Gęsicka. Kampania miała pokazać, że PiS daje kobietom lepsze niż inne partie warunki do politycznego awansu. Jak widać niekoniecznie.

Aktualny, 22-procentowy udział kobiet w polskiej reprezentacji do PE oznacza jednak pewien krok naprzód w stosunku do 15 proc. z wyborów w 2004 roku. W tegorocznych wyborach kobiety były mniejszością na listach wyborczych (23,5 proc.). W 13 okręgach wyborczych partie wystawiły średnio dwie kobiety na pierwszych miejscach. Najwięcej pań na czołowych miejscach miała PO, Porozumienie dla Przyszłości - CentroLewica, Samoobrona oraz SLD-UP, które miały po trzy kandydatki. Dwie kobiety wystawił PiS, a jedną Libertas. Żadnej kobiety nie było natomiast wśród jedynek PSL. Dodatkowo, w trzech okręgach PdP CentroLewica miała parytet na listach, a w większości kobiety stanowiły 30-40 proc. na listach.

W kampanii wyborczej w zasadzie nie było mowy o równości płci. Tego tematu nie poruszano w programach wyborczych, spotach reklamowych, nie pojawiał się w mediach. Podobno nikt – ani wyborcy, co za tym idzie, politycy, a co za tym idzie, media (kolejność możemy zmieniać) – nie jest zainteresowany równością. Jedynym równościowym akcentem był start znanej polskiej feministki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego Magdaleny Środy z pierwszego miejsca w Łodzi z list PdP – CentroLewica, rekomendowanej przez Zielonych 2004. Zresztą spośród wszystkich partii tylko Zieloni 2004 poruszali tematykę równego statusu kobiet i mężczyzn tuż przed wyborami (na przykład z okazji 8 marca, w Międzynarodowy Dzień Kobiet, wydali ogólnopolską gazetę „Wiadomości Feministyczne”, ogłosili swoje stanowisko i postulaty dotyczące równości) oraz w trakcie kampanii, organizując debaty z udziałem swoich kandydatek i kandydatów na temat polityki równości płci, wagi, jaką przykłada do tego UE, konieczności zajęcia się pilnymi sprawami socjalnymi, np. zwiększeniem liczby żłobków i przedszkoli. Na koniec kampanii Zieloni 2004 wystosowali także apel do kandydatek i kandydatów do Parlamentu Europejskiego o podpisanie zobowiązania do działania na rzecz równości kobiet i mężczyzn na forum UE i w kraju.

Kampanie dążące do zwiększenia udziału kobiet w polityce, promujące parytety i kwoty prowadzone były w czasie kampanii wyborczej do PE przez organizacje pozarządowe, takie jak Polskie Lobby Kobiet, czy koalicja organizatorek Kongresu Kobiet Polskich (wśród których była kandydatka do PE prof. Magdalena Środa).
W ramach przygotowań do Kongresu Kobiet Polskich w 17 miastach Polski odbyły się w czasie kampanii do PE regionalne „okrągłe stoły”, debaty i spotkania na temat udziału kobiet w polityce i konieczności wprowadzenia mechanizmów zwiększających reprezentację polityczną kobiet - parytetów i kwot. W spotkaniach udział brały m.in. Magdalena Środa, była pierwsza dama Jolanta Kwaśniewska, Henryka Bochniarz (inicjatorki Kongresu Kobiet Polskich), lokalne władze, kandydatki do PE, obecne i byłe posłanki i senatorki (m.in. Krystyna Bochenek, Olga Krzyżanowska, Genowefa Grabowska), przedstawicielki kobiecych organizacji pozarządowych i związków zawodowych.

Działania podejmowane przez Polskie Lobby Kobiet miały charakter promocyjno-edukacyjny. Odbyło się kilka konferencji i debat publicznych (w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Bydgoszczy), w tym z udziałem kandydatek do PE: Danuty Hübner i Lidii Geringer de Oedenberg, Joanny Senyszyn i Róży Thun, a także Margot Wallström, wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, odpowiedzialnej za stosunki instytucjonalne i strategię komunikacji społecznej. PLK wystosowało także po jednej z konferencji rezolucję zachęcającą do głosowania na kobiety: „Zwracamy się z apelem do wszystkich Kobiet i Mężczyzn w Polsce - przyszedł czas na konkretne działania: zachęcajmy kobiety do kandydowania i wspierajmy je w kampanii, głosujmy na kandydatki i kandydatów mogących wnieść nową jakość polityczną w kwestii równouprawnienia, nie rezygnujmy dobrowolnie ze swych praw, nie idąc do wyborów, monitorujmy realizację wyborczych obietnic. Zrównoważony rozwój Europy nie jest możliwy bez modernizacji systemów politycznych polegającej na włączaniu do obszarów decyzyjnych w równym stopniu kobiet i mężczyzn”.

W Polsce wciąż dominuje „męska polityka”. Sprawy socjalne i równościowe postulaty schodzą na dalszy plan wobec tematów, które zdominowały debatę polityczną: Euro 2012, historyczne rozliczenia, lustracja, komisje śledcze, kryzys gospodarczy. Na czas kampanii wyborczej ucichła nawet gorąca debata na temat uregulowania kwestii pozaustrojowego zapłodnienia in vitro. Mimo kilku akcentów nie pojawiła się też w trakcie kampanii, wbrew dotychczasowym zwyczajom, kwestia homoseksualizmu, którą „straszyły” do tej pory partie prawicowe. W obronie praw osób homoseksualnych wystąpili Zieloni 2004 – kandydat tej partii Krystian Legierski, startujący z list PdP – CentroLewica, złożył pozew w trybie wyborczym przeciwko trójce kandydatów do PE z ramienia Prawicy Rzeczpospolitej, którzy na jednym ze spotkań wyborczych w Kartuzach stwierdzili, że „homoseksualizm jest chorobą przekazywaną genetycznie i należy ją leczyć”. W pozwie Legierski uznał, że to nieprawdziwe stwierdzenie narusza jego dobra osobiste jako osoby homoseksualnej i podważa zaufanie społeczne do niego jako kandydata na europosła. A także zaufanie do Partii Zieloni 2004, którą reprezentuje, a która w programie ma postulaty dotyczące praw osób homoseksualnych do życia w zgodzie z własną orientacją. Sąd oddalił pozew, uzasadniając to tym, że Legierski nie udowodnił, iż homoseksualizm nie jest chorobą genetyczną. Sprawa zainteresowała media, ale bez dalszych konsekwencji.

Silna Polska w Europie?

W parlamencie Europejskim zasiądzie 35 proc. kobiet. To lepszy wynik niż w poprzednich wyborach (31 proc.), ale niewystarczający. Najwięcej kobiet wprowadziły, oczywiście, kraje skandynawskie; Szwecja i Finlandia mają nawet więcej europosłanek niż europosłów (odpowiednio – 56 proc. i 62 proc.). Za wydarzenie historyczne uznano wynik wyborczy Estonii: 50 proc. kobiet i 50 proc. mężczyzn. Blisko tego ideału były także Holandia (48 proc.), Dania (46 proc.), Francja (44 proc.) i Bułgaria (47 proc.!). Polski wynik jest jednym z najniższych: niechlubną czołówkę otwiera Malta (0 proc. kobiet), 18 proc. Czechy i zaraz potem Polska z wynikiem 22 proc.
Kobiet w ogóle nie bierze się pod uwagę przy obsadzie najwyższych stanowisk w UE – przewodniczącego PE, szefa Rady Europy czy unijnych komisarzy. Dotychczasowa polska komisarz, która startowała w tych wyborach z list Platformy Obywatelskiej, Danuta Hübner po wyraźnych sugestiach szefa rządu: kogo on widzi na stanowisku komisarza, „w końcu jednak postanowiła, że zostanie europosłanką” – jak delikatnie ujęły to media.

Lobbying na rzecz zwiększenia udziału kobiet na decyzyjnych stanowiskach w UE prowadzi European Women’s Lobby’s (EWL), które podczas wyborów prowadziło kampanię na rzecz parytetów „50/50 Campaign for Democracy”. EWL odpytuje szefów rządów poszczególnych państw i szefów partii, także ugrupowań w PE – w jaki sposób chcą zapewnić równość płci przy obsadzaniu decyzyjnych stanowisk. „Trudno zaakceptować fakt, że w XXI wieku w przypadku nominacji na wyższe stanowiska bierze się pod uwagę wszystkie kryteria, takie jak narodowość, wielkość kraju, poglądy polityczne, ale nie uwzględnia się kryterium płci!” – stwierdziła Myria Vassiliadou, Sekretarz Generalna EWL.

Czy nowe polskie europosłanki poprą ten pomysł? W wyborach do Parlamentu Europejskiego mandat uzyskało kilka takich, które nie boją się mówić o parytetach, ale nie walczyły o nie w swoim ugrupowaniu politycznym. Zresztą dla kilku z nich to całkiem „świeże” ugrupowanie – na przykład dla trzech czołowych kobiet PO: Danuty Hübner, Róży Thun i prof. Leny Kolarskiej-Bobińskiej to pierwsze doświadczenia z tą partią. Z konferencji i spotkań wiemy, że popierają parytety, interesują się sprawami kobiet, ale nie możemy przewidzieć, czy akurat tym będą chciały zająć się w PE. Sprawami równości może zająć się za to wybrana z listy SLD-UP Joanna Senyszyn, która od dawna deklaruje swoje feministyczne poglądy. Jej partyjna koleżanka Lidia Geringer de Oedenberg, europosłanka poprzedniej i tej kadencji, także sympatyzuje z prokobiecymi inicjatywami (poparła m.in. list otwarty Fundacji Fminoteka do Komisji Europejskiej w sprawie nieprzestrzegania w Polsce unijnych dyrektyw równościowych). Polskie kobiety nie wiedzą więc, czy będą mogły na którąś z nich liczyć w sprawach dla nich ważnych.

Większość polskich europosłanek wzmocni, zgodnie z partyjną linią, chadecję – Europejską Partię Ludową (EPP), dwie z list SLD-UP tradycyjnie zasiądą razem z socjalistami (PES).

Nie wszędzie wygrali najwięksi

Media zgodnie orzekły, że Europa wybrała „skręt w prawo”. Po wyborach wzmocniła się największa frakcja chadeków (Europejska Partia Ludowa), osłabli socjaliści. W wielu krajach w siłę urosły partie skrajnie prawicowe i eurosceptyczne, m.in. w Holandii, Danii, Austrii i na Węgrzech. Dwanaście skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych partii z dwunastu krajów wprowadziło do Strasburga aż 36 deputowanych! Media spekulują, że wyborcy nie chcą wielokulturowej Unii Europejskiej, że wykazali sceptycyzm wobec polityki Parlamentu Europejskiego, że nastroje nacjonalistyczne rosną i nasilają się na skutek kryzysu, a UE reaguje na to zbyt opieszale. Niektórzy zaczęli nawet wieścić rozpad europejskiej wspólnoty.

Bardziej optymistycznie sytuację ocenił socjolog Adam Ostolski (członek „Krytyki Politycznej” i Zielonych 2004): „Wybory do Parlamentu Europejskiego nie oznaczają zwycięstwa chadecji. Można mówić o względnym sukcesie, ale nie opiera się on na mocnych podstawach. Europejska Partia Ludowa stworzy największy klub w nowym Parlamencie po prostu dlatego, że straciła w tych wyborach mniej niż socjaliści. (...) Jedyne siły, które realnie zyskały, to ksenofobiczna prawica i Zieloni – grupy proponujące pozorną lub autentyczną alternatywę wobec status quo. Na marginesie warto też zwrócić uwagę na brak wzrostu poparcia dla radykalnej lewicy (choć w Irlandii mandat zdobył trockistowski polityk Joe Higgins) oraz na mandat zdobyty przez szwedzką Partię Piratów” . I choć Ostolski wie, że silna chadecja i konserwatyści oznaczają brak szybkiej zmiany, pogorszenie, albo status quo w odniesieniu do praw konsumenckich, pracowniczych, praw kobiet i mniejszości, ochrony środowiska naturalnego, to wskazuje także na nowe jasne punkty na firmamencie tych wyborów: „Inna ważna kwestia to właśnie europejski sukces Zielonych. Zwłaszcza we Francji, gdzie Zieloni utworzyli szeroką koalicję, rozciągającą się od alterglobalisty José Bové po centrowego ekologa Antoine’a Waechtera. Przyniosło im to aż 14 mandatów i pozycję trzeciej siły politycznej w kraju. Europejskich wyborców idea Zielonego Nowego Ładu jako odpowiedzi na kryzys przyciągnęła bardziej niż antykapitalistyczny język radykalnej lewicy. To ważne, bo w większości istotnych spraw Zieloni głosują w Parlamencie Europejskim podobnie jak komuniści. Różnica dotyczy przede wszystkim języka i stylu prowadzenia polityki. Nawet w sytuacji kryzysu ton sprzeciwu, oporu i buntu okazał się jednak mniej przekonujący niż ton (choćby skromnej) nadziei”.

Nadzieję w Polkach rozbudził ostatnio Kongres Kobiet Polskich, zorganizowany przez prywatne osoby, firmy, organizacje pozarządowe. 4 tysiące uczestniczek Kongresu z całego kraju zgodnie przyjęło jego główne postulaty: parytet na listach wyborczych, wyrównanie pensji kobiet i mężczyzn, poważne potraktowanie kwestii równości płci, m.in. przez powołanie niezależnego urzędu rzeczniczki ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Kongresu nie sposób zlekceważyć. Dał kobietom nadzieję na zmiany.
A jeśli uda im się zmienić coś w Polsce, to powinno się udać także w Unii Europejskiej. Wprowadzenie parytetów wyborczych dałoby w kolejnych wyborach do Parlamentu Europejskiego na pewno lepszy wynik niż obecnie.

Anna Czerwińska – absolwentka filozofii i gender studies UW, wiceprezeska Fundacji Feminoteka, pomysłodawczyni i koordynatorka Wirtualnego Muzeum Historii Kobiet.

AKTUALNOŚCI

Fundacja im. Heinricha Bölla patronuje inicjatywie kulturalnej Art-for-Art. Serdecznie zapraszamy na wystawę i sztukę teatralną do Gliwic.
Więcej ..

HEINRICH-BÖLL-STIFTUNG
Zaproszenia i nowości
Jeśli chcą Państwo otrzymywać informacje o nowościach na stronie i zaproszenia na nasze debaty prosimy o  rejestrację»